black-and-white-person-woman-girl[1]

Osiemnaście niezawodnych przepisów na demotywację

Nie znam dobrej i niezawodnej metody na motywację. Jeśli ktoś zna – bardzo chętnie poszerzę swoje horyzonty i nabędę nową wiedzę. Patrząc jednak, co opowiadają różni trenerzy na szkoleniach i seminariach maści wszelakiej – nikt do końca nie wie, jak to z tą motywacją jest i jak ją w sobie wykrzesać. Nawet zaczęło się ostatnio mówić, że nie można nikogo zmotywować, bo wynika to z jego wewnętrznej siły a z tą lepiej nie manipulować.

Jeśli wiec nie umiemy się zmotywować, może znajdzie się niezawodny sposób na utratę motywacji? Tu powinno być łatwiej.

Poniżej znajdziecie mój subiektywny przepis na to, jak stracić motywację skutecznie i na długo. Dla poszukiwaczy demotywacji życiowej – przepis marzenie. Poszukiwacze motywacji pewnie potraktują to wspaniałe dzieło jako mapę raf do omijania, ale na tych dziwaków nic nie poradzę.

A więc jedziemy z czarnym wozem.

Czytaj dalej Osiemnaście niezawodnych przepisów na demotywację

feet-foot-legs-508

Zaglądanie blogerkom w majtki

Ostatnio modne stało się zaglądanie blogerom w majtki. Znaczy w PITy czy portfele. Wszystko zaczęło się od artykułu-prowokacji na blogu Polacy-Rodacy, którzy chcąc zabłysnąć zrobili przegląd ofert znanych blogerów i blogerek modowych. Artykuł kiepski i bez sensu – brak przemyśleń własnych, brak jakiegokolwiek obiektywizmu. Brakowało tylko na końcu zachęty do linczu w stylu „Wy juz wiecie, co z nimi zrobić”.

Całość pewnie przeszła by bez echa, gdyby nie Karolina Korwin Piotrowska, która do całości doprawiła swój zjadliwy komentarz, który w jasnych słowach sugerował, że to wielka żenada, że takie miernoty tłuką taką kasiorę a nawet słabi dziennikarze piszą lepiej niż szafiarki. Tyle starczyło. Jad rozlał się po narodzie i nawet skazanie byłego szefa CBA nie wywołało takich emocji.

Czytaj dalej Zaglądanie blogerkom w majtki

car-driver-driving-987[1]

Lubię kiedy kierowcy na drodze przewidują ruchy innych

Sytuacja.

Z dużą drogą łączy się mniejsza. Taki wjazd jak na autostradę. Po prawej stronie pojawia się dodatkowy pas ruchu dla włączających się do ruchu.

Z uliczki wyłania się samochód pragnący zostać uczestnikiem większej, lepszej a może nawet szybszej drogi. Nieśmiało się przesuwa wzdłuż swojego pasa ruchu. Dla ubarwienia nazwijmy go Kowalskim, jak kto woli.

Duża droga jest mało obciążona. Ot kilka samochodów. Jednym z tych samochodów, prawym pasem (bo duża droga, jak to duża droga ma dwa pasy ruchu w każdą stronę – a kto dużej zabroni) jedzie sobie drugi kierowca. Dla dramatyzmu sytuacji i łatwości myślenia nazwijmy ją (no bo to ona dla równowagi) Malinowską.

Malinowska, widząc nieśmiałego Kowalskiego, który wychynął z dróżki-maluszki, oraz widząc, że ma dość dużo miejsca dookoła, robi prosty manewr. Zmienia pas na lewy, oddać rozpędzającemu się Kowalskiemu prawy pas do jego dyspozycji.

Lubię to, co zrobiła pani Malinowska. Do dla mnie jest jeden z mierników odróżniających kierowców od posiadaczy uprawnień. Świadomość całej sytuacji, współodpowiedzialność za ruch, życzliwość i uprzejmość.

Takie detale pokazują bardzo wiele.

20150129_110434

Zostałem krwiodawcą i obaliłem mity i obawy o oddawaniu krwi

Dość późno, ale jednak zdecydowałem się na to. Zostałem krwiodawcą. Można powiedzieć, że żaden wyczyn. Jednak dla mnie to ważny krok. Przede wszystkim przekroczyłem swoje bariery ukrytych lęków i dałem coś innym.

Całe oddawanie krwi było dość prostą procedurą: najpierw badanie krwi (morfologia), konsultacja lekarza a potem już pobranie krwi, chwila odpoczynku i koniec. I już. Zostałem krwiodawcą. Całość trwała może ze dwie godziny.

Chciałem się pokusić o kilka porad dla tych, którzy chcieli by, ale się boją i odwlekają rozpoczęcie oddawania krwi.

Czytaj dalej Zostałem krwiodawcą i obaliłem mity i obawy o oddawaniu krwi

cone-of-light-dog-light-3335[1]

Podwójne standardy

Dzisiaj o podwójnych standardach.

Jadę ulicą. Deszcz, ciemno, słabe oświetlenie ulic. Przez przejście dla pieszych, na zielonym, przemyka człowiek w czarnej kurtce pod parasolem czarnym, cały czarny. Cudem go nie rozjeżdżam na pasach. W moim mózgu rodzi się zbiór słów, które doprowadziłyby do uśmiechu niejednego kaprala. Jak on tak może po ulicy na czarno chodzić? Przecież jest niewidoczny. Rzut okiem na siebie. Czarna kurtka, granatowe spodnie.

Spotkanie. 25 osób nieco przypadkowych. Zażarcie dyskutują nad ważnym dla nich tematem. Znakomita większość jest przeciw. Kilka osób jest za. Przeciwnicy jadą ostro po temacie. Nie słuchają. Mówią. Chcą się wypowiedzieć, wykrzyczeć. Mają prawo do wyrażania swojej frustracji, swojego lęku, wszystkiego, co tylko im przyjdzie do głowy. Przewodniczący spotkania odzywa się wypowiadając swoją opinię. Ponieważ opinia jest niezgodna z tym, co większość oczekuje przewodniczący słyszy, że powinien być obiektywne nie ma prawa się w ten sposób wypowiadać.

Jadę samochodem. Trochę ciasno jest nudno mam, więc pomysł na zmianę pasa może będzie szybszy. Włączam kierunkowskaz i obserwuje kierowcę za mną. Nie wiem czy mnie wpuszcza, więc na wszelki wypadek delikatnie, ale jednak się wpycham się przed niego. Jestem zadowolony – udało się. Kilometr dalej jadę sobie spokojnie. Ktoś się wciska przede mnie. Mojej głowie rodzą się myśli mało mające wspólnego z miłością bliźniego.

Nie podjadę przed kolacją mówi ojciec do dziecka. Okruszek czekolady jego kącika ust spadł na ziemię.

Ludzie stosują podwój na standardy. Człowieki są beznadziejne. Jak mogą tak żyć podwójnymi standardami? Zaraz. Ja też jestem jednym wielkim podwójnym standardem. Podwójne standardy to moje drugie, podwójne imię i bez tego żyć nie potrafię. Czy nie na tym polega bycie człowiekiem? Potrafimy być sprzeczni sami ze sobą. Potrafimy zmienić zdanie, czasem bardzo często. Prosimy się sami ze sobą nie zgadzać i nadal z tym żyć. Potrafimy być dwiema osobowościami jednocześnie.

Bo czy ludzie przewidywalni nie są po prostu nudni? Czy tacy, którzy nie zmienią nigdy zdania nie przestają być dla nas być interesujący?

A więc żyjmy podwójnymi standardami. Zmieniajmy zdanie. Żeby było ciekawie.

 

cars parking street

O jakości dziennikarstwa czyli jeden fakt widziane różnymi oczami

Fakt: nadzór ubezpieczeń zabrał się za ubezpieczycieli  którzy nie wypłacają odszkodowań z tytułu OC.

Ten sam fakt widziane oczami różnych dziennikarzy.

Gazeta Wyborcza. Artykuł mówiący o tym że nie będzie już możliwe obniżanie wypłat z tytułu OC. Nie będzie można stosować zamienników. W trakcie naprawy samochód zastępczy będzie się należał przez cały okres naprawy. Nadzór ubezpieczeń robi po prostu porządek po wyrokach Sądu Najwyższego. Niestety skutkiem tej decyzji może być, jak twierdzą ubezpieczyciele, podwyżka składek ubezpieczeniowych w ciągu 2 lat nawet o dzień pięćdziesiąt procent, co jak zauważa gazeta doprowadzi poziom naszych składek ubezpieczeniowych do średniej europejskiej.

Maciej Ziętarski w Antyradiu ten sam fakt widzi trochę inaczej. Krócej. Prościej. Ostrzej. Na antenie mówi o tym że rząd postanowił zwiększyć nam przed świętami składki ubezpieczeń o 50%. Przed świętami. O 50%. Koniec komunikatu. Zły rząd.

Sam nie wiem czy jest co komentować.

Ruch-wosp[1]

Afera Owsiaka i MatkaKurka

Ostatnio przetoczyły się wielkie afery związane z tym jak wiem jakie kobieta świąteczny pomocy działa czy jest finansowo czysta. Powodem zamieszania do artykułu O działalności Owsiaka napisany przez blogera Matkę Kurkę. Cała Afera podzieliła ludzi na zwolenników i przeciwników którzy przerzucali się argumentami mającymi niezbicie udowodnić rację. Sam wdałem się w kilka polemik które niestety bardzo szybko dryfowały z merytorycznych argumentów runku tych wyjazdów.

Mało kto natomiast przeczytał rzeczony tekst Matki Kurki, treść pozwu oraz uzasadnienie wyroku sądu. Ci którzy to zrobili Są bliżsi zrozumienia o co tak naprawdę toczy się cała awantura.

Moim zdaniem jest to burza w szklance wody. Tak naprawdę Poszło bardziej o osobiste ambicje urażoną dumę i próbę obustronnego nagłaśnia całej sytuacji. Bo Matka Kurka w swoim artykule pisze że Owsiak nie robi niczego nielegalnego. Zadaje natomiast szereg pytań które w mojej opinii mają oczernić motywację Owsiak.

Owsiakowi puściły nerwy i panowie się nawyzywali. Skończyło się w sądzie. Nie była to jednak sprawa karna o nadużycia lecz zwykły pozew o obrazę. Sąd oczywiście pozew Owsiaka większości odrzucił. Owsiak nie został w poście obrażone jednak zostało pokazane w jaki sposób funkcjonuje cała machina tworzona przez Owsiaka, jak przebiegają przepływy finansowe pomiędzy poszczególnymi podmiotami. To nie obraza tylko fakty.

Kłopotem dla Owsiaka może być to że dużo ludzi jest przekonana żeby działalność charytatywna winna być wykonywana bez pobierania jakichkolwiek wynagrodzeń a przynajmniej na takim stereotypie żeruje Matka Kurka.

Dla mnie działalność charytatywna może być wynagradzana. Jeśli ktoś poświęcił kilkanaście lat swojego życia na organizowanie akcji charytatywnych i ma efekty takie jak Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, może być na za to wynagradzany. Ważna jest efektywność gospodarowania środkami, czyli jaki procent wpłat jest przeznaczony na prawdziwą pomoc a ile na koszty administracyjne. I z tego należy rozliczać Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy nie z tego ile pieniędzy zarobił Owsiak czy jego żona za prowadzenie akcji.

Zresztą każdy kto organizował imprezę na skalę większą niż 10 osób wie ile czasu to zajmuje. Oczekiwanie od ludzi pracy bez wynagrodzenia dopiero jest nie moralne. Za dobrze wykonywaną pracę każdy powinien być wynagrodzony sposób godny.

I oto właśnie toczy się chyba cała Awantura. Czy ktoś kto od kilkunastu lat zbiera ogromne pieniądze w ramach akcji charytatywnej na prawo robić to za pensje czy powinien być święty i robić to całkowicie bez wynagrodzenia.

Moja osobista opinia: Owsiak robi wspaniałą robotę jeśli postanowili się temu poświęcić w 100% powinien grać za to normalne wynagrodzenie jako prezes. Dla mnie liczą się efekty.

A o co naprawdę chodzi w całej nagonce (bo chyba nikt nie wierzy, że chodzi o sprawozdania finansowe) – zostawiam do interpretacji Wam.

calculating-calculation-calculator-3305

Ich heisse CHF. Nie chcę pomocy rządu.

Tak. Mam kredyt denominowany we franku. Zaciągnąłem go w 2007, kiedy kurs był (z dzisiejszej perspektywy) niski a oprocenyowanie atrakcyjne.
Przez wiele lat spłacałem swój kredyt z uśmiechem na ustach, licząc sporą różnicę między moim kredytem a analigicznym kredytem w złotówkach.
W 2015 bank Szwajcarski przestał ratować walutę i uwolnił kurs. W ten sposób kurs franka poszybował w górę osiągając dwukrotność kursu według którego zaciągałem kredyt.
Brzmi jak katastrofa? Być może. Jednak nią nie jest.
Żeby nie rozwalić gospodarki, bank Szwajcarski postanowił obniżyć stopy kredytów bankowych do minus 0,75 procent. To znaczy, że będzie dopłacał tym, którzy pożyczą od niego pieniądze. Mi nikt nie będzie dopłacał do mojego kredytu, ale obniży mi się oprocentowanie. Efekt – prawie nie odczuję wzrostu kursu waluty. Magia naczyń połączonych w gospodarce.
Ale dziennikarze nie mogli sobie odpuścić takiej szansy na sensację. Okazuje się, że podobno frankowcy oczekują od rządu pomocy w spłacie swoich zobowiązań. Oczywiście natychmiast rodzi się bunt złotówkowców mówiących o tym, że nie będą płacić za gamoni, co nie potrafią czytać. Jest njus, czytelnictwo idzie w górę.
Jako posiadacz kredytu we frankach chcę oświadczyć, że nie oczekuję od rządu żadnej pomocy w spłacie moich zobowiązań. Jestem dorosłym mężczyzną i sam reguluję swoje długi. Wiem jednocześnie, jak się kończą doraźne interwencje rządu (na przykład pamiętam manewr z OFE).
Może pomocy od rządu chcą ci, którzy zawsze chcą pomocy od rządu (skoro rząd nam zesłał powódź, to niech teraz pomaga).
Ja od państwa mogę w tej sytuacji oczekiwać jednego. Jeśli mój bank przyjdzie do mnie i powie, że nie obniży mi oprocentowania, pomimo umowy, bo jednak potrzebuje mojej kasy na dywidendy dla właścicieli, odpowiedni organ przyjdzie, walnie pięścią i powie tybalnym głosem: „Umowa to umowa!”. Ale tego oczekuję zawsze. Niezależnie od kursu franka.